Ostrzegam!

Październik 28th, 2015

  • Mój kot obżera się niepokojąco. Bardzo utył. Przed zimą, to dla niego normalne – obrasta sadłem przed mrozami. Robi to, co roku. Jednak w tym roku robi, to ponadnormatywnie. Jeżeli instynkt go nie myli, to czeka nas ostra zima.
    A w Puszczykówku?
    Przepiękna, złota, polska jesień. Czosnek marynuję w oliwie z rozmarynem, a orzechy wołowskie w midzie. Te ostanie będę miał do faferfolków.

Witam w Wolnej Polsce!

Październik 26th, 2015

Polsce bez komuchów i POpaprańców.

Czeka nas gigantyczna praca przy odnowie naszej Ojczyzny. A więc: https://www.youtube.com/watch?v=2UN35U5xFZM i do roboty.

A w Puszczykówku?

Piękna, złota polska jesień.

Jednak … PiS…!

Październik 23rd, 2015

Na wstępie chcę przeprosić moich znajomych i przyjaciół, którzy startują z listy wyborczej „Korwin”, a jest ich wielu. Znam większość  z Was. Wszystkich, których znam darzę przyjaźnią i szacunkiem. W czasach „burzy i naporu” staliście u mojego boku i to dzięki Wam udało Mi się uratować ówczesny UPR; a przypominam, że musiałem wówczas odwołać się nawet do siły fizycznej – „zbrojnej”. Wasze zasługi nie zostały zapomniane. Moim gorącym pragnieniem byłoby zobaczyć Was w ławach poselskich, senatorskich i wyżej jeszcze. Macie „kanclerskie łby”, a uczciwość nieposzlakowaną. Nigdy nie zhańbiliście się zdradą. Jestem z Was dumny! Pracować z Wami było dla mnie zaszczytem i przyjemnością. Tym bardziej, że program Waszej partii jest tożsamy z moimi poglądami; … no może poza stosunkiem do Związku Sowieckiego – ten musicie, jeszcze raz, dobrze przemyśleć nie oglądając się na JKM’owe majaczenia…

Jednak, tym razem, nie będę głosował na Was, ale na PiS. Odbiło mi? Niekoniecznie.

Spokojnie. Wasz (nasz) czas – nadejdzie!

W najbliższą niedzielę mamy historyczną szansę złamać kręgosłup postkomunistycznej, czerwonej hydrze, zaś na drzazgach z „okrągłego stołu” będziemy mogli rozpalić ognisko i smakowite szaszłyki przyrządzić. I o to powinno nam wszystkim chodzić – dla dobra naszej Ojczyzny.

Oczywiście program PiS’u jest dość daleki od moich wyobrażeń o sprawnie funkcjonującym Państwie. Jednak, dziś, głosując na jakąkolwiek  inną listę (partię) de facto głosujemy na PO, czyli dotychczasowy, wrogi Polsce „układ”. Głosując na PO głosujesz na: dyskryminację Kościoła Katolickiego,  „małżeństwa” pedałów, „In vitrio”, adopcję dzieci przez „małżeństwa”  zboczeńców, islamizację Europy, ideologię Gender, dominację Rosji i Niemiec nad Polską etc, etc.

Ja się na to nie godzę!

A Ty?

Mariusz Waszak

Były wiceprezes konserwatywno – liberalnej partii

Unia Polityki Realnej

Puszczykowo. 23 X MMXV

Wolne żarty!

Sierpień 9th, 2015

Cały świat, w ogóle, a sowieci w szczególe jest oburzony nakazem niszczenia na granicy żywności, którą perfidni kapitaliści, burżuje i imperialiści (czyli my) chcemy wwieźć, pomimo sankcji na teren związku radzieckiego w celu, rzecz jasna, zatrucia Rosjan naszą „skażoną” żywnością.

Tak zarządził tow. Putin i basta! Żywność jest niszczona na granicach kraju, w którym głodują dziesiątki milionów ludzi. Telewizory pokazały wraże buldożery, które niszczyły to toksyczne, kapitalistyczne żarcie. Pokazali też jakieś krematoria (?), w których kres znajduje imperialistyczne mięso skażone burżujskim mikrobami.

Tylko, że ja dobrze sowietów znam i mam swoje źródła…

Dotychczas żywność sprowadzana z krajów objętych radzieckim embargiem była, przynajmniej w teorii, zawracana do krajów, z których ją przywieziono. Straszne marnotrawstwo!

Na granicach „zniszczono” akurat tyle żywności (zwykle samych opakowań) żeby można to pokazać w ruskich telewizjach.

Tak naprawdę ta „zniszczona” żywność wjeżdża na teren Rosji, jest sprzedawana i to po paskarskich cenach. TAAAKI geszeft – wszak „dostawcy” (służby graniczne i lokalni politycy) mają ją za darmo, bo przecież wcześniej została „zniszczona”.

Taka jest Rosja. Wierzcie mi! Zresztą Ukraina nie lepsza (ten sam krąg „kulturowy”) – część tamtejszej kadry oficerskiej nie ma czasu „walczyć z separatystami”, bo jest zajęta opychaniem gdzie się da amerykańskiej pomocy (głównie wojskowych racji żywnościowych) i wszystkiego innego, co tylko da się sprzedać. Nie wyłączając broni i amunicji…

[Nazewnictwa „sowieckiego” używam celowo, bo dzisiejsza „Rosja” i poprzedni „związek sowiecki”,to dokładnie jedno i to samo.]

A na koniec coś przyjemniejszego, polskiego, a nawet puszykowskiego.

W takie upały chętnie i obficie wrzucamy do napojów kostki lodu. Zrozumiałe. Spróbujcie zamrozić kawałki Waszych ulubionych owoców i używać ich zamiast kostek lodu. Moja Pimpusia lubi pokrojone w ćwiartki cytryny i pomarańcze; ja preferuję mango i moją ulubioną papaję. Zresztą – zamroźcie sobie co tam chcecie. Smacznego…

Towarzyszom z PO.

Sierpień 7th, 2015

Zdjęcie użytkownika Maciek Kunicki.

Powodzenia Panie Prezydencie!

Sierpień 6th, 2015

W ostatnich dziesięcioleciach jakoś nie mieliśmy szczęścia do Prezydentów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Wałęsa, Kwaśniewski, Komorowski to były całkowite porażki. O Jaruzelskim nawet nie wspominam, bo rewolwer sam odbezpiecza się w szufladzie…

Na szczęście wszystko wskazuje, że teraz to się zmieni. Nareszcie!

Nie żebym popadał w mistycyzm, ale Naród wybrał pana Prezydenta Andrzeja Dudę w święto Zesłania Ducha Świętego zaś obejmie on swój Urząd dziś, czyli w święto Przemienienia Pańskiego.

Dla Katolików to wyraźny znak.

„Okrągły stół” spróchniał i zaczyna się rozsypywać.

Powodzenia Panie Prezydencie!

Znalezione obrazy dla zapytania andrzej duda

A jesienią „reszta” wyborów. Jakżebym chciał obudzić się w Polsce, w której Parlament jest wolny od komuchów (SLD z przyległościami), pazernych chłopków – roztropków (PSL) zaś towarzysze POpapranicy są lichą opozycją. Dużą butlę wybornego Tokaju sobie wtedy odkorkuję! Takiego prosto od Victora Orbana…

Czego i Wam życzę!

A w Puszczykówku?

Upały. Dorodne pomidory wkrótce zaczną dojrzewać. Słoneczniki się złocą. Pimpusia w swoim żywiole – buszuje w ogórkach, słoikach i opychamy się fasolką szparagową.

Dzięcioły przyglądają mi się z życzliwym zainteresowaniem, sójki „drą koty” ze srokami etc. Jednym słowem – normalka.

Bingo! Nic dodać, nic ująć!

Lipiec 31st, 2015

Wrzucam „ze smakiem”. Tym bardziej, że wkrótce, jak co roku, jadę na Węgry. Tym razem jeno na kilka dni. Po co? A wyobraźcie sobie, żeby obejrzeć unikalną operę. „Istvan, a kiraly”. Bilety od niemal roku czekają. Dziękuję mojemu kuzynowi „Jeżowi” mieszkającemu w Budapeszcie, że dla mnie je zdobył – to nie łatwa sztuka.
Wam pozostaje obejrzeć to sobie w necie (jest!). A warto, bo to historia początków Państwa Węgierskiego niemal tożsama z początkami naszej Ojczyzny.
Do tego muzyka smaczna, a i widowisko osobliwe… :-))

A w Puszczykówku?

Wysyp papierówek, burza nasturcji, słoneczniki przepiękne i trawa obfita – niestety trzeba ją kosić, a to fatyga….

I jeszcze…

Rad, nie rad byłem „zmuszony” założyć sobie konto na facebook’u. Osobiste i Firmowe  

Zerknijcie, jak Wam się chce…

Naprawdę współczuję…

Lipiec 19th, 2015

… człowiekom, którzy dali się ogłupić i pofatygowali się na „wczasy” do renomowanych „kurortów”. W ubiegłym roku miałem nieprzyjemność odwiedzić dwa z nich – jeden, w górach, drugi nad morzem.

Toż to horror prawdziwy! Tłumy wczasowiczów przewalające się w takich miejscach. Obrzydliwy smród starych frytur ze smażalni, w których sprzedają makabryczne żarcie za bajońskie ceny, moczu i innych wydzielin. Hordy rozwrzeszczanych, umazanych lodami dzieciaków, wszechobecne kebabiarnie; ryk muzyki disco z każdego chlewika, stoiska z „pamiątkami”, których sam widok wywołuje mdłości. Powszechny smród i brud. To ma być „wypoczynek”?

Dziękuję bardzo. To dobre dla lemingów. Albo/i dla zapalonych sado-masochistów. Zaś wizyta na plaży, to dobre zajęcie dla ociężałych umysłowo.

Wolę spędzać taki czas inaczej. W ogrodzie i przyległościach. Mam tu całkowitą ciszę i spokój. Dobre żarcie zawsze na wyciągnięcie ręki. Np. dziś, pomimo upałów mięsa z rusztu (po lemingowemu z „grilla”) rozumnie uczynione smakowały nam wybornie.

IMG_0481

Brak „wody i plaży”? Ależ skąd! Najbliższe kąpielisko mam jakieś 3 min. drogi od mojego domu. Może być tam sporo ludzi. Ale od czego samochody? W 40 minut dojadę na Pojezierze Wielkopolskie i przy odrobinie wysiłku znajdę spore jezioro, które będę miał… sam dla siebie!

Tylko ze mnie taki „szczęściarz”? Nic podobnego! U Was jest podobnie – wystarczy kapkę pogłówkować i na mapę spojrzeć. Naprawdę warto. Wtedy nawet Wasz pies będzie szczęśliwy:

IMG_0479

Oczywiście można jechać do ciepłych krajów (arabskich) i krążyć pomiędzy plażą i hotelem. Można. Ale pozostawiam, to imbecylom. Niech oni zasilają swoimi bejmami (po poznańsku „pieniądze”) terroryzm islamski. Na mnie niech nie liczą.

Uśmiechy pogodne z puszczykowskich krzaków i hamaków!

3B 2,0 czyli Budapeszt… smaczny…

Lipiec 10th, 2015

Zatem samochód mamy zaparkowany wygodnie, e-matricę w kieszeni i zapas papierosów w tobołku. Ergo – możemy iść zwiedzać Budapeszt. Zapraszam.

Nie, nie! Nie będę zastępował przewodnika. Ani mi to w głowie. Niech każdy znajdzie sobie to, co go interesuje. W dobie Internetu to łatwizna a więc wędrówkę proszę sobie zaplanować zgodnie z Waszymi zainteresowaniami.

Ja tylko pozwolę sobie zainteresować Was kilkoma ciekawostkami, które łatwo umykają naszej uwadze a szkoda.

  1. Nie wiem czy wiecie, że długopis, w 1938 roku, wynalazł nasz madziarski bratanek – pan Laszlo Biro? Chwała mu za to. Ale to nie jedyny interesujący tutejszy wynalazek. Grubo wcześniej Węgrzy (sic!) wynaleźli coś, co w ich pięknym języku nazywa się palacsinta (wym. „palaczinta”), czyli… naleśniki! Tak, tak – to węgierski wynalazek. I są to prawdziwe naleśniki a nie jakieś obrzydliwe „pancakes”, które tu i ówdzie wciskają nieszczęśnikom, którym sprzykrzyło się życie na tym świecie.

Węgierską kuchnię kojarzymy najczęściej z gulaszem, zupą rybną, znakomitymi wędlinami i nieśmiertelną papryką. O naleśnikach jakoś mało, kto wie, a szkoda.

A wiec zapraszam na naleśniki! Dokąd? No… jest wiele miejsc, ale jeżeli chcecie zobaczyć prawdziwą „świątynię” naleśników, to najlepiej do Nagyi Palacsintaoja przy stacji metra Bathyany ter. Właściwie w samym centrum.

Gdybyście mieli chęć skosztować wszystkich, to radzę zostać tam na tydzień.

Chciałbym uczulić Was na dwa rodzaje tego specjału. Pierwszy (mój ulubiony), to Hortobagy Palacsinta, czyli naleśnik z pikantnym „gulaszowym” farszem mięsnym. Znakomity!

Drugi, to naleśnik – legenda. Gundel Palacsinta. Karol Gundel był słynnym, budapeszteńskim kucharzem, którego przepisy do dziś pieszczą podniebienia smakoszy z całego świata. I to on właśnie opracował przepis na te naleśniki. Jest to naleśnik na słodko. I jedna uwaga/ostrzeżenie – naleśników potrafię wtrząchnąć całkiem sporo. Prawdziwego „Gundela” tylko jednego! Taki sycący! I jeszcze ciekawostka – oryginalny przepis na ten naleśnik jest pilnie strzeżoną tajemnicą. Mało, kto go ma. Nawet w renomowanej restauracji przy słynnej Vaci ut. Podano nam, niezbyt udaną, podróbę. Muszę pochwalić moją żonę Ewę, której wypieki zaczynają być słynne – manewrując tu i ówdzie, korzystając z naszych węgierskich znajomości i posiłkując się urokiem osobistym zdobyła, w końcu, oryginalny przepis na te naleśniki. Zapewniam, że są wybitne, choć czasochłonne i kosztowne w przygotowaniu. Naszych bratanków spieszę uspokoić – nie wyjawimy go nikomu!

  1. Budapesztańska hala targowa, niestety, często uchodzi uwadze odwiedzających, to piękne miasto. A szkoda! Zapraszam – naprawdę warto. Łatwo ją znaleźć – idąc najsłynniejszym, tutejszym deptakiem , czyli Vaci ut. W kierunku przeciwnym do centrum dojdziemy, do Vamhaz krt. Wystarczy ją przejść – po drugiej stronie stoi spory budynek, który mieści hale targowe. Brak mi takich w Polsce. Znajdziemy tutaj kulinarne Węgry w kwintesencji i pełnej krasie. Grzech nie zajrzeć! Czy coś kupić? Sami ocenicie. Ja zawsze kupuję tutaj peklowaną lub wędzoną słoninę. Bardzo grubą, miękką i anielsko smaczną. Niestety próżno szukać takiej w Polsce. Podobną można „trafić” na Ukrainie. Ale gdzie jej tam do węgierskiej…
  2. Jeżeli macie trochę wolnego czasu, to zapraszam na Romaifurdo – czyli zespół sympatycznych basenów gdzie można spędzić trochę czasu mocząc się w wodzie. Oczywiście mam w tym ukrytą intencję, bo kiedy już nacieszyliście się tym miejscem, to warto udać się jakieś 1 500 m. dalej, a konkretnie na narożnik ulic Szentendrei i Matyas kiraly, a tam znajdziecie mały i „na oko” lichy sklep mięsny. Lichy? Nic bardziej błędnego! Sam widok właściciela budzi zaufanie (powinien występować w filmach jako „rzeźnik wzorcowy”), a i miejsce smaczne, bo można kupić tu wyborne wędliny, a i zjeść coś z rusztu na ciepło. Naprawdę polecam. Tanio i smaczno! Musztardy i pieczywa darmo dodają. Dlatego, zwykle, zatrzymuję się w pensjonacie leżącym ok. 100 m. od tego miejsca.
  3. Wypiteczności. Ci, którzy cenią sobie wino będą tu naprawdę szczęśliwi. Nawet najtańsze, miejscowej produkcji są wyśmienite. Lubiących mocniejsze trunki zachęcam do skosztowania hazi palinka , czyli destylatów domowych na rozmaitych owocach uczynionych. Próżno ich szukać w Polsce. Spróbujcie. Zwłaszcza Barack palinka – naprawdę warto. Węgierskie piwo? Można sobie podarować…

I to by było na tyle jak mawiał mój śp. przyjaciel – prof. Jan Tadeusz Stanisławski…

Budapeszt Vaci ut. Zawsze fascynuje mnie elewacja tej kamienicy. Jest z drewna!

Budapeszt Vaci ut.
Zawsze fascynuje mnie elewacja tej kamienicy. Jest z drewna!

A w Puszczykówku?

Dziękuję. Pan Bóg błogosławi. Nasturcji zatrzęsienie. Wkrótce dojrzeją papierówki. Nie mam pojęcia, co zrobić z taką ich masą….?

3B – czyli Budapeszt rozjuszony!

Lipiec 4th, 2015

Strasznie wkurzył się na mnie Budapeszt. Był, po prostu, wściekły i rozjuszony. Na mój widok bluzgnął ulewą, która dojazdową autostradę do miasta zamieniła w coś w rodzaju Dunaju. Udało nam się ją jakoś pokonać. I wtedy Budapeszt wściekł się naprawdę. Błyskał i grzmiał piorunami z taką furią, że z obawą przyglądałem się Zamkowi Królewskiemu i Górze Gellerta, czy aby od tego amoku nie rozpadną się w drobny mak.

Jakoś wytrzymały.

Rozumiem gniew staruszka. Zawsze kochałem Budapeszt. Przyjmował mnie gościnnie i czuję się tu, naprawdę,” u siebie”. A ja – niewdzięcznik nie odwiedzałem go przez blisko… lat trzydzieści! Wstyd!

Dobra. Dość tych wspominek.

Czy, zatem, warto „kopnąć się” na Węgry w ogóle, a do Budapesztu w szczególe. Otóż „nie warto” tylko koniecznie trzeba! Można sobie podarować Brno, Bratysławę i inne Pragi. Budapesztu – nie!

Dobra! Jedziemy, więc do Budapesztu. Jechałem autostradą z Wiednia. Wygodna, to autostrada, choć nasi bracia Madziarzy nie zbudowali ich wiele. Jeżeli jednak chcemy, z którejś z nich skorzystać, to pierwej należy za nią zapłacić. Nie ma tam bramek. Nie kupimy też winiety w Polsce. Wjeżdżając na Węgry trzeba kupić na stacji benzynowej coś, co nazywa się e-matrica, która jest odpowiednikiem winiety. Wygląda jak większy paragon ze sklepu, a kupując ją należy podać numer rejestracyjny naszego pojazdu. No, to mamy z głowy.

Kolejna madziarska osobliwość dotyczy palaczy. Chcecie kupić papierosy w sklepie, markecie, knajpce, na stacji benzynowej? Nic z tego –  tam ich nie ma. Należy znaleźć specjalny, państwowy sklepik o nazwie nemzeti dohanybolt z małym, brzydkim okrągłym szyldem. Tam sprzedają papierosy. Zresztą drogie i liche. W ogóle prawa „antynikotynowe” stanowił na Węgrzech jakiś patentowany paranoik z zaburzeniami osobowości. Ergo – zapas papierosów na Węgry zabieramy własny. Ale, to nie koniec węgierskiej, nikotynowej schizofrenii. Na każdym sklepie zobaczymy sporą, w formacie A4 informację, że w tym sklepie jest Tilos a dohanyzas, czyli zakaz palenia. Może nasi bratankowie mieli zwyczaj wchodzić do sklepów z papierosem w zębach? Wątpię. Najbardziej zabawne są takie zakazy na ulicznych budkach, które sprzedają słodycze. Taka budka jest zbliżona wielkością do toalety typu, ToiToi, czyli jest tam miejsce na jedną osobę – w tym przypadku sprzedawcę. Gdym chciał tam zapalić papierosa, to wprzódy musiałbym go stamtąd wyrzucić. Jednak spory szyld z Tilos a dohanyzas (zakaz palenia) tkwi na takiej budce z całą, urzędową powagą. Paranoja.

Niestety Budapeszt nie jest wyjątkiem jeżeli chodzi o płatne strefy parkowania. Przyzwyczailiśmy się do tego i wiemy jak sobie radzić. W wielu miastach jest podobnie jak w Budapeszcie. Czyżby? Niekoniecznie. „Na oko” jest dokładnie tak samo jak w Berlinie, Poznaniu, czy innym Śremie. Bo jest tak samo tylko, że parkomaty przyjmują wyłącznie bilon, a z tym u naszych bratanków jest prawdziwa tragedia. Niestety (nie mam pojęcia, dlaczego?) nie zrobili denominacji i łażę po węgierskich ścieżkach z kieszeniami wypchanymi dziesiątkami tysięcy forintów, zaś bilonu na parkomat brak.

Na szczęście w Budapeszcie znakomicie funkcjonuje komunikacja publiczna, a więc brykę zostawiam na bezpiecznym parkingu mojego pensjonatu, inwestuję w całodobowy bilet na komunikację miejską i jeżdżę do woli autobusami, tramwajami, metrem, kolejką miejską, a nawet trolejbusami – są tu jeszcze takie.

CDN – pewnie jutro.

IMG_0323

A w Puszczykówku?

35,8 st. C. Podręcznikowo – na dwóch metrach i pod daszkiem mierzonych. Kapkę zbyt wiele. Jutro ma być jeszcze więcej….