Archive for the ‘teksty’ Category

3B – czyli Budapeszt rozjuszony!

sobota, Lipiec 4th, 2015

Strasznie wkurzył się na mnie Budapeszt. Był, po prostu, wściekły i rozjuszony. Na mój widok bluzgnął ulewą, która dojazdową autostradę do miasta zamieniła w coś w rodzaju Dunaju. Udało nam się ją jakoś pokonać. I wtedy Budapeszt wściekł się naprawdę. Błyskał i grzmiał piorunami z taką furią, że z obawą przyglądałem się Zamkowi Królewskiemu i Górze Gellerta, czy aby od tego amoku nie rozpadną się w drobny mak.

Jakoś wytrzymały.

Rozumiem gniew staruszka. Zawsze kochałem Budapeszt. Przyjmował mnie gościnnie i czuję się tu, naprawdę,” u siebie”. A ja – niewdzięcznik nie odwiedzałem go przez blisko… lat trzydzieści! Wstyd!

Dobra. Dość tych wspominek.

Czy, zatem, warto „kopnąć się” na Węgry w ogóle, a do Budapesztu w szczególe. Otóż „nie warto” tylko koniecznie trzeba! Można sobie podarować Brno, Bratysławę i inne Pragi. Budapesztu – nie!

Dobra! Jedziemy, więc do Budapesztu. Jechałem autostradą z Wiednia. Wygodna, to autostrada, choć nasi bracia Madziarzy nie zbudowali ich wiele. Jeżeli jednak chcemy, z którejś z nich skorzystać, to pierwej należy za nią zapłacić. Nie ma tam bramek. Nie kupimy też winiety w Polsce. Wjeżdżając na Węgry trzeba kupić na stacji benzynowej coś, co nazywa się e-matrica, która jest odpowiednikiem winiety. Wygląda jak większy paragon ze sklepu, a kupując ją należy podać numer rejestracyjny naszego pojazdu. No, to mamy z głowy.

Kolejna madziarska osobliwość dotyczy palaczy. Chcecie kupić papierosy w sklepie, markecie, knajpce, na stacji benzynowej? Nic z tego –  tam ich nie ma. Należy znaleźć specjalny, państwowy sklepik o nazwie nemzeti dohanybolt z małym, brzydkim okrągłym szyldem. Tam sprzedają papierosy. Zresztą drogie i liche. W ogóle prawa „antynikotynowe” stanowił na Węgrzech jakiś patentowany paranoik z zaburzeniami osobowości. Ergo – zapas papierosów na Węgry zabieramy własny. Ale, to nie koniec węgierskiej, nikotynowej schizofrenii. Na każdym sklepie zobaczymy sporą, w formacie A4 informację, że w tym sklepie jest Tilos a dohanyzas, czyli zakaz palenia. Może nasi bratankowie mieli zwyczaj wchodzić do sklepów z papierosem w zębach? Wątpię. Najbardziej zabawne są takie zakazy na ulicznych budkach, które sprzedają słodycze. Taka budka jest zbliżona wielkością do toalety typu, ToiToi, czyli jest tam miejsce na jedną osobę – w tym przypadku sprzedawcę. Gdym chciał tam zapalić papierosa, to wprzódy musiałbym go stamtąd wyrzucić. Jednak spory szyld z Tilos a dohanyzas (zakaz palenia) tkwi na takiej budce z całą, urzędową powagą. Paranoja.

Niestety Budapeszt nie jest wyjątkiem jeżeli chodzi o płatne strefy parkowania. Przyzwyczailiśmy się do tego i wiemy jak sobie radzić. W wielu miastach jest podobnie jak w Budapeszcie. Czyżby? Niekoniecznie. „Na oko” jest dokładnie tak samo jak w Berlinie, Poznaniu, czy innym Śremie. Bo jest tak samo tylko, że parkomaty przyjmują wyłącznie bilon, a z tym u naszych bratanków jest prawdziwa tragedia. Niestety (nie mam pojęcia, dlaczego?) nie zrobili denominacji i łażę po węgierskich ścieżkach z kieszeniami wypchanymi dziesiątkami tysięcy forintów, zaś bilonu na parkomat brak.

Na szczęście w Budapeszcie znakomicie funkcjonuje komunikacja publiczna, a więc brykę zostawiam na bezpiecznym parkingu mojego pensjonatu, inwestuję w całodobowy bilet na komunikację miejską i jeżdżę do woli autobusami, tramwajami, metrem, kolejką miejską, a nawet trolejbusami – są tu jeszcze takie.

CDN – pewnie jutro.

IMG_0323

A w Puszczykówku?

35,8 st. C. Podręcznikowo – na dwóch metrach i pod daszkiem mierzonych. Kapkę zbyt wiele. Jutro ma być jeszcze więcej….

2B – czyli… Bratysława (Pozsony).

piątek, Czerwiec 5th, 2015

A z Brna do Bratysławy – blisko i wygodnie. Jest autostrada. Dziwna ta autostrada. Nazywamy ją „trzęsityłek”, bo jedzie się jak po tarce do prania. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, bo „na oko” wygląda zupełnie zwyczajnie. Radzę trzymać się lewego pasa, bo na nim mniej trzęsie. Zresztą może już nie trzęsie, bo w ubiegłym roku coś na niej gmerali – może poprawili.

Po drodze warto zachować czujność – pojedziemy przez dolinę, w której rozgrywała się słynna bitwa pod Austerlitz. Ot, ciekawostka.

A więc jesteśmy w Bratysławie Dziś stolica Słowacji – historycznie – Pozsony miasto węgierskie. Czyli jak mawiał generał Wieniawa-Długoszowski: żarty się skończyły – zaczęły się schody.  Czyli musimy gdzieś zaparkować. Chyba nigdzie nie miałem z tym takiego problemu jak w słowackiej stolicy. Każde miejsce, w którym można, w miarę legalnie, upchać samochód jest wykorzystane w 125 %. Nawet jakieś dziwne miejsca pod wiaduktami są zapchane do niemożliwości. Cudacznie to wygląda. A pojawiliśmy się w Bratysławie wczesnym rankiem! Wreszcie upchałem go na jakimś dziwnym parkingu nad brzegiem Dunaju. Nie wiem, z czego to wynika, bo Bratysława liczy mniej mieszkańców niż Poznań, a jest mało prawdopodobne, żeby każdy z jej mieszkańców (w tym niemowlęta) miał sześć samochodów.

No, dobrze – zaparkowaliśmy.

Zwiedzanie Bratysławy jest „miłe, lekkie i przyjemne”. Centrum, a zarazem Stare Miasto jest w większości zadbane „odpicowane” i przyjemne. Jest też zwarte, a więc łazić za wiele nie trzeba. Niestety tu (podobnie jak w Brnie) można natrafić na „starożytne” katakumby pełne szkieletów i zmumifikowanych ciał i podobne „atrakcje”. Niestety jest to, zwykle, całkowity „pic na wodę” – produkt ćwierć autentyczny wyszykowany na potrzeby turystów.

Na co warto zwrócić uwagę? Na pewno na gotycką Katedrę św. Marcina – świątynię, w której przez 300 lat byli koronowani królowie… węgierscy. Jak wspominałem, Bratysława to Pozsony, czyli historycznie miasto madziarskie. Jak ktoś ma dobrego nosa i weźmie głębszy wdech to Węgry tu się jeszcze czuje, a ja kocham ten aromat. Lubię gotyk i jadam go chętnie. W wypadku tej Katedry proszę zwrócić uwagę na witraże – zapierają dech w piersiach.

Warto zajrzeć do sklepów winiarskich. Sporo tu ciekawostek. Ale najbardziej spodobały mi się niektóre butelki – arcydzieła sztuki szklarskiej. Niektóre zawierają w sobie trzy (osobno!) gatunki wina, a bywają niewielkie lub… mojego wzrostu! Gdybyście chcieli takie cacko kupić, to proszę zabrać rulon foli bąbelkowej, żeby je jakoś na drogę zabezpieczyć.

Jeżeli ktoś ma słabość do starych precjozów, to ich oferta w bratysławskich antykwariatach wprawia w zdumienie. Takiej podaży znakomitych antyków nie spotkałem w Poznaniu, Budapeszcie, Brnie, Berlinie ani gdzie indziej. Nie mam pojęcia, z czego to wynika. Niestety tutaj portfel tłuściejszy jest potrzebny. Ale podziwiać można darmo.

I uwagi pomniejszego płazu. Dwie:

  1. I tutaj trzeba mieć winiety, żeby poruszać się autostradą.
  2. Co kraj, to przepis. Jadąc na tę trasę warto mieć w samochodzie komplet zapasowych żarówek, apteczkę, odblaskową kamizelkę i… linkę holowniczą. Takie tu są przepisy.

IMG_0207

Pimpuś w Bratysławie. W tle słynne, tutejsze „UFO”, czyli most nad Dunajem.

A w Puszczykówku?

Lato. Upał. Dziś było 29 st. w cieniu. Jutro ma być jeszcze więcej.

A w ogrodzie? Jak w Raju!

1B – czyli… Brno!

środa, Czerwiec 3rd, 2015

Zaczyna się ten okres roku, w którym wyjeżdżać na krótsze lub dłuższe wycieczki jest najfajniej.

Tym razem będę polecał nieco krótsze. A konkretnie BBBB, czyli Brno, Bratysława, Budapeszt, Berlin.

Dziś Brno na Morawach, czyli Czechy. Wybierałem tam się od pewnego czasu bom był tak jeno przejazdem a to wstyd, jako, że urodziła tam się moja śp. Babka Ewa z Błotnickich (herb Doliwa) Deierling’owa, a mój pradziad naczelnikował tam C.K. Poczcie.

Z Puszczykówka dojazd tam stosunkowo łatwy. Z reszty Polski podobnie. Podróż poprawi nam humor. Polacy są mistrzami świata w narzekaniu. Na wszystko. Również na polskie drogi. Okazuje się, że w Czechach (a na Słowacji i Węgrzech) wcale nie są lepsze. O autostradach nawet nie wspominam, bo tych nasi południowi sąsiedzi nie mają niemal wcale.

Ma to swoje dobre strony – jadąc możemy delektować się krajobrazem Moraw a ten jest naprawdę piękny. Miasteczka, przez które przyjdzie nam jechać są zwykle malownicze, ale wyraźnie biedniejsze niż polskie. Proszę też pamiętać, że zjeść coś po drodze jest trudniej niż w Polsce. Chyba, że ktoś jada hamburgery, hot dogi lub inne odpadki na stacjach benzynowych.

Ale jeżeli już trafcie do niezłej knajpki, to polecam, rzecz jasna, knedle. Są w wielu odmianach a Pepiki mają o nich pojęcie! O, mają! Morawy to też kraina wina. Warto!

Samo Brno ma dość dobrze „dopieszczone” Stare Miasto. Całkiem spore. Nie mam zamiaru opisywać jego atrakcji, bo nie jestem przewodnikiem, a Was nie chcę pozbawiać frajdy samodzielnej wędrówki i odkrywania ciekawostek. Polecam też mniej ścisłe śródmieście i przedmieścia – to bez turystów, ale za to z autentyczną atmosferą miasta.

W Czechach, w sklepie spożywczym kupcie sobie „Utopenca” (topielca). Sprzedają to słoikach. Co to? Sami zobaczycie. Smacznego!

Czy warto jechać do Brna? Warto! A i do Bratysławy stamtąd „jak splunąć”. Nawet autostrada jest. Ale raczej kiepska. Za to pustawa.

Miłej podróży!

I nie zapomnijcie kupić winiety na tę autostradę.

A w Puszczykówku?

32 st. C. Lekkie chmurki, takiż wiatr 55% wilgotności powietrza.

Chłodnik i truskawki ze śmietaną

Prawie jak w raju…

Jutro nie będę Wam głowy zawracał, bo to święto Bożego Ciała i jedziemy zwiedzać Toruń, a po drodze do bazylik romańskich w Strzelnie i Inowrocławiu zajrzymy.

Miłego Święta!

Bardzo mi się spodobał…

wtorek, Czerwiec 2nd, 2015

Dziś, zamiast standardowego wpisu znaleziony w sieci obrazek:

Nic dodać, nic ująć!

To jedyny sposób…

poniedziałek, Czerwiec 1st, 2015

Walą do bram Europy uciekinierzy z Afryki i Bliskiego Wschodu masowo. Płyną, na czym popadnie. Często nie dopływają, bo łajba, na którą się załadowali idzie na dno wraz z pasażerami. Nie sposób ocenić ilu już pochłonęły żołądki rekinów, ale wyżerkę mają wyborną bo są to liczby, które idą w grube tysiące.

Europka kompletnie sobie nie radzi z napływem tych dzikich hord. „Ratują” ich niby okręty straży przybrzeżnych i podobne jednostki, ale zamiast ich deportować do miejsc, z których przybyli wwożą ich swoich krajów, choć nikt tak nie chce.

Co mamy takiego, że tysiące ryzykują życie, aby się tu dostać? Ano mamy niespotykany w całej historii ludzkość dobrobyt.

Zbudowany został w sumie dość prosto – na granitowym fundamencie religii Katolickiej (Chrześcijańskiej) uruchomiliśmy sprawną gospodarkę Kapitalistyczną – Wolny Rynek. Proste jak budowa cepa. Zadziałało wybornie.

Dziś kolorowi z Afryki są gotowi zaryzykować życie, żeby tu się dostać. Niestety nie przypływają to do pracy. Myśl o niej nawet nie przyjdzie im do głowy. To zawodowi wałkonie i pasożyty. Zaludniają potem przedmieścia miast i zamieniają je w enklawy brudu, nędzy i przestępczości. Żyją z socjalu – czyli pieniędzy, które my musimy wypracować.

Nie są też Chrześcijanami zwykle to radykalni islamiści lub inni bałwochwalcy. Wpuszczając tą hołotę sami prosimy się o kłopoty.

Sprawa jest banalnie prosta. Nie jesteśmy i nie chcemy przyjąć wszystkich. Jak tak im zależy i chcą mieszkać w kraju rządzonym przez Białych Ludzi to należy im to umożliwić dostarczając… Europę do Afryki.

Jakim sposobem? Sprawdzonym od dawna – przywrócić kolonie. Państwa afrykańskie z niepodległością sobie nie radzą. Musimy im pomóc. To opłaci się wszystkim – i to jak! No, może niekoniecznie radykalnym muzułmanom – trudno brykać pod lufami wojsk kolonialnych…

I przynajmniej będzie dokąd wywieźć tych którzy już tu są.

To co? Reaktywujemy Ligę Kolonialną?

A w Puszczykówku?

Dziękuję – Pan Bóg błogosławi!

Dziś sobota, a więc….

sobota, Maj 30th, 2015

… koniec tygodnia. Weekend jak lemingi gadają. Zresztą z „makaronizmami” walczyli już nasi pradziadowie.

Mnie one straszne bawią. Np. zrobiliśmy nowy „design” (wzór, model) nocnika.

Albo jeszcze lepiej – była firma, która nazywała się „Financial Trust”. Zawsze miałem problem, żeby wyciągnąć od nich gotówkę (zwykle 19,90 zł.) za ryzę papieru pobraną na „krechę”

Zresztą, nieważne….

Jest sobotnie popołudnie. Wiosna i maj.

Chcę nacieszyć mi się domem…

A poza tym szparagi muszę obrać na jutro, a i golonki podgotować….

A jutro muszę się „wyniedzielić”, a więc spokojnie – wpisu nie będzie…

 

IMG_0435

 

Dziś tylko Puszczykówko i list do Prezydenta Poznania

piątek, Maj 29th, 2015

Dziś kapkę inaczej bom zmachany.

Puszczykówko.

Bawiłem się w mszyco i przędziorkobójstwo, a i parchom (jabłoni – nie, to, co myślicie) nie przepuściłem! Dla, niektórych mrowisk też nie byłem miłosierny. Teraz muszę iść pod natrysk, bo i na mnie te preparaty osiadały. Ale spokojnie – mają krótki okres karencji i są niegroźne dla pszczół. Inaczej bym nie śmiał!

Tym nie mniej zawiązki owoców rokują dobrze zaś wiśniośliwa (śliwa wiśniowa) zjawiskowo! Nigdy nie widziałem tylu owoców na drzewie tego gatunku.

W niedziele mam sporą rodzinną imprezę. Na tyle dużą, żem mebli ogrodowych dokupić musiał. Będą siedzieli na/przy meblach wyprodukowanych w Wietnamie, z urugwajskiego drewna, kupionych w Polsce od niemieckiej firmy, zakonserwowanych francuskim preparatem. Hi! Ależ kosmopolita ze mnie! A jeżeli dodamy do tego ruszt (po lemingoweu – grill) wyprodukowany w Stanach Zjednoczonych i moją bamberską (bawarską) kuchnię. To już w ogóle..

I te meble musiałem rozpakować i rozstawić.

Oprócz tego pracowałem normalnie w Firmie.

Mam prawo być zmachany? Chyba tak…

Do tego rano wystosowałem list do Prezydenta Stołecznego Miasta Poznania (i do lokalnych mediów).

Oto on:

Panie Prezydencie.
Od kilku dni trwa akacja szorowania chodników na poznańskim Starym Mieście.
Informuję, że to jakiś absurd. Efekt takiego “mycia” jest widoczny przez kilka godzin – góra dobę.
Chodniki, dzięki działalności rozmaitych meneli, kebabów i innych pijalni natychmiast wracają do dawnego stanu.
Słyszałem, że ta akcja ma kosztować 3 mln. PLN! Himalaje, to średnie góry przy szczytach tej niegospodarności. Te pieniądze zostają, dosłownie, spuszczone w kanał.
Osobą, która ten absurd wymyśliła powinno zająć się CBA, a na pewno już psychiatra. Proszę ją zwolnić w trybie dyscyplinarnym i niech pokryje z własnej kieszeni poniesione koszty.
Akcję proszę natychmiast przerwać!
Mariusz Waszak
D/w.
1. Media.

Przyjąć, czy pogonić? Oto jest pytanie!

czwartek, Maj 28th, 2015

Polska zdecydowała się przyjąć sześćdziesiąt rodzin z Syrii – to uchodźcy uciekający z ogarniętego wojną kraju.  Uciekają nie tylko przed wojną, ale też przed prześladowaniami, bo to Chrześcijanie, których muzułmanie mordują z zapałem godnym lepszej sprawy i niebywałym okrucieństwem.

Gest szlachetny i godny pochwały? Normalny człowiek stwierdzi, że jak najbardziej. Niestety nie wszyscy są „normalni”. Już pojawiły się pokwikiwania, że jesteśmy „nietolerancyjni”, bo przyjmujemy tylko Chrześcijan a powinniśmy brać, kogo popadnie.

Dobre sobie! Zapraszam tych, poprawnych politycznie, cymbałów na przedmieścia Paryża, Sztokholmu, czy innego Neapolu. Niech sobie tolerancyjnie zobaczą te watahy kompletnie zdziczałych, kolorowych muslimów żerujących na socjalu (pieniądzach podatnika) i tworzących enklawy przestępczości. Nie wiem czy doczekamy się ich relacji, bo jest wysoce prawdopodobne, że zostaną tam, po prostu, zarżnięci.

Głośny jest ostatnio przypadek młodej Włoszki, która została pobita w swojej ojczyźnie przez muzułmańskiego „uchodźcę”, który w Italii przebywał od kilku, zaledwie, miesięcy. Powodem pobicia był…. Krzyżyk, który dziewczyna miała na szyi. Ręce opadają, a rewolwer sam odbezpiecza się w kieszeni…

Czy zatem powinniśmy przyjmować uchodźców? Oczywiście, że tak. Mało tego – to nasz obowiązek! Ale tylko i wyłącznie zdeklarowanych KATOLIKÓW! Nikogo innego. Nawet rodziny mieszane (są takie) muszą być bezwzględnie wykluczone.

Zainteresowanym tematem polecam strony: Pomoc Kościołowi w Potrzebie.

Chcecie „takich” w Polsce? Ja nie!

A w Puszczykówku?

Maj.Trawnik skoszony. Tylko kot cosik na łapę utyka…

Dziś: krótko mętnie i nie na temat….

środa, Maj 27th, 2015

Czytelnicy mojego bloga (dziękuję!) trochę marudzą, że mam w nim wyłączoną funkcję „komentarzy”.

Już się tłumaczę.

Moje usprawiedliwienie – brzmi, na dzień dzisiejszy: 134 123 (stan na tę chwilę) komentarzy. (Sic!!)

Super?! Taka czytalność!

Niestety nie do  końca – 99,8 % z tych wpisów, to zwykły, ordynarny spam reklamowy. Co ciekawe, niemal zawsze, dotyczący spraw erotycznych. Co jeszcze ciekawsze: do niedawna miażdżąca jego część pochodziła z rosji i była cyrylicą uczyniona. Od pewnego czasu, to się zmieniło i teraz większość pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i jest po angielsku.

Ci, którzy proszą o, autentyczny  komentarz i tak wiedzą gdzie mnie znaleźć.

A w Puszczykówku?

Jak zwykle Pan Bóg błogosławi.

Martwiłem się o nasturcje, a te wschodzą obficie. Rad jestem, bo to kwiaty za, którymi przepadam.

Słoneczniki też raczej nie zawiodą. A i kopru będzie zatrzęsienie! 

Zawsze fascynuje mnie krótka (jakieś 150 cm) grządka, na której ogórki wysiewa Pimpusia. Takie „nic”. Ale, co roku zbiera z tego tyle ogórków, że wystarcza na konserwowe, w occie, curry, kiszone i na surowo dla całej okolicznej rodziny. Pachnie mi to trochę „cudownym rozmnożeniem”. Poznański Uniwersytet Przyrodniczy dobrze Pipmusię wyedukował…

Ale, za swoje nasturcje też nie muszę się wstydzić.

Z co z tym zaskrońcem?

Naprawdę nie wiem. Gdzieś sobie polazł i tyle go widziałem. Chyba nie tutejszy, bo żaby na kompoście i okolicach najwyraźniej rade i dobrze się mają….

Ludzie, ludzie – cuda w tej budzie!

wtorek, Maj 26th, 2015

Ledwo PKW podała oficjalne wyniki wyborów (gratuluję Panie Andrzeju) a zaczynają dziać się rzeczy dziwne, niesłychane.

W niedzielę mieliśmy nie tylko wybory, ale i święto Zesłania Ducha Świętego. Chyba zaczyna działać…

Nagle okazało się, że Gazeta Wybiórcza przegrała sądowy proces z Gazetą Polską. Proces trwał, bagatela, dziesięć lat!

Do mediów, przynajmniej tych elektronicznych, przedostała się wiadomość, że ABW zatrzymała już kilkanaście osób (głównie z PSL,u) w związku z fałszowaniem wyborów samorządowych. No coś takiego!

Jeden z senatorów PO opuścił szeregi tej partii, bo „przemyślał” sprawę i doszedł do wniosku, że członkostwo w tym zbiegowisku „nie licuje” z jego katolicko-konserwatywnymi poglądami. Też sobie chłopisko przypomniało! Cóż – szczury zwiewają…

Prezydent Stołecznego Miasta Poznania zarządził kontrolę soposobu nabywania mieszkań komunalnych za grosze przez prominetnego posła PO Filipa Kaczmarka. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Soloica Wielkopolski jest z przyczyna dla mnie niezrozumiałych, a przykrych bastionem Platforemersów. Poznańczycy, jako ludzie praktyczni powinni mieć więcej rozumu….

Platforma stara się przyciągnąć, co bardziej znane, niedobitki SLD, ponieważ ta partyjka po wyborach parlamentarnych zapewne przestanie istnieć (podobnie jak PSL i Palikociarnia). Uff! Co za ulga! Takie manewry stawiają też PO jednoznacznie po lewej, komuszo-ubeckiej stronie. Dla mnie było to zawsze oczywiste, ale wielu nie chciało wierzyć.

Ergo: Polska ma realne szanse wstać z kolan. Już wstaje. A i powietrzem pozbawionym platfomerskiego odoru będzie przyjemniej oddychać.

A jak miło będzie bez SLD, PSL’u i z kadłukową Platformą! Rzecz jasna życie nie znosi próżni i „coś” się pojawi. Co? Partia Balcerowicza? Nie sądzę. Kukiz z jakimiś swoimi ludźmi? Zobaczymy. Czas pokaże…

A w Puszczykówku?

Też sensacja.

Nasz ogród odwiedził niespodziewany gość. Zaskroniec.

To, niby dość powszechnie spotykane zwierzę, ale nigdy nie pojawił się w moim ogrodzie.

Do tego był zdumiewająco duży – takiego jeszcze nie spotkałem.